
Codziennie rano zmuszam się wszystkimi siłami jakie zyskałam w nocy aby wstać z łóżka i wyjść z domu do pracy. Ale to nie praca powoduje, że nie chcę podnosić swoich czterech liter i ruszyć je poza łóżko. Praca mnie do tego motywuje. To, że muszę tam być. To, że dzięki niej co miesiąc otrzymuję wypłatę - może nie zbyt wygórowaną, nie wymarzoną ale zawsze to jakieś pieniądze. To dzięki niej mogę być w innym miejscu, to dzięki niej mogę na chwilę przestać myśleć o dręczących wciąż sprawach, to dzięki niej mogę być w roli pracownika i realizować tę rolę jak najlepiej, to dzięki niej mogę zachować zimną twarz, to dzięki niej mogę nie być tym kim naprawdę jestem.
Nie jestem bohaterem, nie ma we mnie dobra...
Odkryłam, że nie przeraża mnie wyobrażenie śmierci. Mojej, innych. Odkryłam mroczną stronę siebie. Odkryłam, że potrafię wyobrazić sobie złe rzeczy. Odkryłam, że potrafię myśleć o złych rzeczach. Odkryłam, że potrafię akceptować złe rzeczy. Odkryłam zło, przypuszczalnie do którego kiedyś nie byłabym zdolna. Odkryłam w sobie wściekłość, grozę, gniew i chęć zemsty. Odkryłam w sobie najgorsze cechy.
Jak mówiła, nie jestem bohaterem, nie ma we mnie dobra...
Każdy znajdzie dobre wytłumaczenie mojego stanu. Depresja, chwilowe załamanie nerwowe i zobojętnienie. Niektórzy pokuszą się o osobowość chwiejną emocjonalnie typu borderline (swoją drogą coś w tym jest w mniejszym stopniu, ale idąc tym torem sądzę, że procent osób, zwłaszcza kobiet z tego typu osobowością powinna wzrosnąć w danych statystycznych). Kompletna paranoja. W sumie trochę przytłaczających psychotropów może pomogłoby na chwilę, dwie. Terapia, ciągła i w rezultacie bezcelowa, podbudowała by na chwilę, góra dwie moją wiarę w działania, motywację napędzającą do przodu itd. Bo w sumie fajnie byłoby posłuchać cioci/wujka dobra rada, poszukać na nowo swoich mocnych stron, uwierzyć, że można zdobyć świata szczyt i że odczuwanie radości z widoku dziwnego ptaka nad pięknym jeziorem podczas złotej jesieni jest niesamowitym darem, bo umiemy dostrzegać więcej niż większość, bo potrafimy odnaleźć radość i siłę w malutkich chwilach dnia codziennego. Owszem to piękne. Ale to już nie wystarcza. Już nie jestem małą, zagubioną dziewczynka, którą karmienie bajkami sprawi, że poprawi się jej humor i doda jej powera na kolejne lata. Jak już mówiłam, nie jestem bohaterem, nie ma we mnie dobra.
Najgorsze w tym wszystkim chyba jest to, że powoli zaczynam po prostu akceptować ten stan rzeczy... żyć z dnia na dzień odsuwając wszelkie frustracje dnia codziennego na bok... Akceptować ten stan rzeczy i bić się ze swoimi czarnymi myślami, które nie wydają już mi się takie czarne.
Ilość osób, na których się zawiodłam w swoim życiu - niezliczona (oczywiście w tych mniejszych i bardziej znaczących kwestiach). Ilość osób, które przepraszały i wybaczyłam im - znalazło by się parę (tych cenię bardzo). Ilość prawdziwych przyjaciół, na których mogę naprawdę liczyć garstka (w końcu nie ważna jest ilość, zaś jakość). Przerażające jest jednak to, że w życiu pojawia się tysiące osób, którzy nas zawodzą (nawet tacy, o których w życiu byśmy w ten sposób nie pomyśleli)... a tylko kilka, którym można na prawdę zaufać. Ile razy ja zawiodłam? Pewnie nie raz, w końcu nikt nie jest idealny. Choć prawdę mówiąc tylko raz usłyszałam, że nie było mnie wtedy kiedy byłam potrzebna. Szkoda, że tylko raz ktoś zwrócił mi na to uwagę i miałam szansę się zrehabilitować.
Chciałabym się obudzić pewnego dnia i nie walczyć przez każdą jego sekundę. Chciałabym, żeby dzień zawalczył o mnie...choć raz. Ale jak już mówiłam, nie jestem bohaterem, nie ma we mnie dobra...
Dobranoc.


